Feeds:
Wpisy
Komentarze

Kiedy byłem studentem dziennikarstwa sądziłem, że autoryzacja jest czymś dobrym, ponieważ pozwala dziennikarzowi na uniknęcie przypadkowych błędów (nazwiska, daty itp.) a rozmówcy na jaśniejsze wyrażenie swoich myśli, ewentualnie wycofanie się z niezręcznych wypowiedzi, przypadkowych sformuowań.

autoryzacjaGdy zostałem dziennikarzem przekonałem się, że autoryzacja jest czymś niedobrym, ponieważ nie pozwala dziennikarzowi oddać tekstu na czas i opublikować najciekawszych informacji, które udało mu się wyciągnąć z rozmówcy.

Gdy autoryzację przeprowadza się z rozmówcą, czyli z osobą, która wypowiadała nagrane przez dziennikarza słowa, nie musi być tak źle. Znacznie gorzej jest, gdy naszemu rozmówcy towarzyszy osoba z działu marketingu lub PR i gdy to ona po zakończeniu rozmowy wręcza wam swoją wizytówkę i z uśmieszkiem prosi o przesłanie tekstu do autoryzacji. W tym momencie możecie pożegnać się z marzeniami o Pulitzerze za waszą rozmowę.

Ostatnio zrobiłem dwa duże wywiady dla jednego z magazynów. Jeden ze znanym ex-sportowcem, drugi z szefem polskiego oddziału producenta samochodów. Obojgu rozmówcom towarzyszył PR-owiec, oba były autoryzowane. Pierwsza rozmowa to klasyczne „życie i twórczość”, druga biznesowa. Bez żadnych tabloidowych podjazdów, ani tanich chwytów.

W przypadku sportowca rozmowa była przyjemna, ale nie naiwna. Przy pisaniu usunąłem z wypowiedzi rozmówcy bluzgi, które służyły za przecinki, ale zostawiłem niektóre przymiotniki, surowe konstrukcje zdań (krótkie, konkretne, bez eufemizmów), aby w ten sposób oddać charakter bohatera, rys jego osobowości. Co zresztą działało na jego korzyść, bo pokazywało go jako równego, konkretnego, twardego faceta. I tak poszło do autoryzacji. Z powrotem dostałem wykastrowane, plastikowe wypowiedzi, które nic nie mówią o charakterze rozmówcy. Oczywiście autoryzacja trwała chyba z dwa tygodnie. Dodatkowo grzecznościowo wysłałem także krótką opowieść o rozmówcy. I pan od PR również i to autoryzował, zmieniając całe akapity. Dodam tylko, że pan był z jednej z największych i najbardziej znanych agencji PR.

W przypadku rozmówcy z branży motoryzacyjnej autoryzacja polegała na usunięciu najciekawszych informacji, które udało mi się, nie małym trudem, wyciągnąć z rozmowcy. W tym przypadku wywiad służył panu od PR do prezentacji tego, co chciał przekazać szef, a nie odpowiedzi na pytania.

Nauka z tych opowiastek jest następująca: unikajcie wszelkiej maści PR-owców i marketingowców (mają inne cele niż dziennikarze i ich myślnie biegnie zupełnie innymi torami) . Najlepiej więc jak już trzeba autoryzować to bezpośrednio z rozmówcą i to nie przez żadnego maila. Tylko przy osobistym spotkaniu, wtedy jest szansa pogadać, wytłumaczyć i stworzyć wspólnie wartościowy dla obu stron tekst.

A tak poza tym, to jak się spotyka dwoje dorosłych ludzi to chyba rzeczą normalną i uczciwą jest zakładać, że każdy wie, co mówi, a wcześniej zgadza się na wywiad. Inne założenie byłoby chyba brakiem szacunku dla rozmówcy.

Dla jasności – wybrałem negatywne przykłady autoryzacj, zdarzają się oczywiście i bardzo pozytywne. I oby takich jak najwięcej.

*grafika pochodzi z portalu interia360.pl

Reklamy

Z inicjatywy posłanki Solidarnej Polski Beaty Kempy jeszcze w styczniu ma powstać zespół parlamentarny o nazwie „Stop ideologii gender”. Zespół ma się zająć monitorowaniem wprowadzania w przedszkolach i szkołach zajęć związanych z tematyką gender. Kempa chce także edukować społeczeństwo nt. tego, czym naprawdę jest gender.

Mocking_Bird_ArgumentTyle o polityce i wymogu newsowości informacji, teraz o języku, bo na tym się lepiej znam i to jest ciekawsze moim zdaniem. Otóż sprawa „ideologii gender” jest drugim po sporze o in vitro publicznym sporem skoncentorowanym na walce o język, a nie o materialną rzeczywistość, konkretną sprawę.

Z punktu widzenia retorycznej skuteczności pojecie ideologia gender jest majstersztykiem. W mo9delowy sposób wykorzystuje mechanizm „transferu konotacji”, to znaczy przenoszenia skojarzeń z jednego pojęcia na drugie, w tym przypadku z ideologii na gender. Ideologia ma słabą denotację, ale za to wyraźną konotację, czyli w skrócie: mało wiemy czym naprawdę jest, ale za to wiemy z pewnością, że to coś złego, bo przecież faszyzm, Stalin, komuniści. I zestawiając w parę ideologie z gender chodzi o to, żeby te przymiotniki, te skojarzenia przenieść na neutralnej do tej pory gender. Bo czym ono jest nie wiadomo, brzmi obco, więc nadajmy tu nasze znaczenie i straszmy ludzi. Proste? proste, a jakie skuteczne, skoro Kempa powołuje zespół.

Druga strona ma zadanie trudniejsze, bo tłumaczy, że nie ma czegoś takiego jak ideologia gender. A jak się czemus zaprzecza to już się uznaje jego istnienie, wprowadza się jego obecność do dyskusji publicznej. Druga możliwość to próba naukowego tłumaczenia gender jako dyscypliny naukowej – w erze obecnych mediów – powodzenia.

Zasmuciło mie tylko, że ideologia gender to nie wynalazek naszych hierarchów, gdyż pierwsze zmianki o ideologii gender pojawiły się już w 2012 roku w omówieniu tekst z L’Observatore Romanum (czy jakkolwiek się to pisze)

Gdy rozmawiam z moimi rówieśnikami, dwudziestoparolatkami, to temat polityki w zdecydowanej mierze ich nie interesuje. Poświęcają się swojej pracy, pasji lub rodzinie. W skrócie swojemu życiu, co jest mądre i zrozumiałe. Jednak jeśli przyjmiemy, że demokracja to ustrój, w którym obywatele chociażby  współdecyzją o kształcie i zasadach panujących w kraju, to postawa obojętności wobec spraw publicznych będzie głównym czynikiem destrukcyjnym tegoż ustroju.

Jeśli szukać źródeł tej obojętności to obiema rękami podpisuję się pod diagnozą Maćka z bloga Mediafun, który wczoraj mówił w Radiu TOK FM:

tokfm„Jakość języka i debaty (publicznej) powoduje, że jako obywatel mam dosyć, przestaje mnie obchodzić polityka, bo widzę, że to jest bagno i wchodzę w taką sferę obojętności w sensie wisi mi to i to jest w sensie jako obywatel, jako patriota to jest niebezpieczne, bo nagle oddaje pole do popisu tym, którzy przejmują tą działkę i to jest dla mnie trochę problem, ale dyskusje w mediach, w internecie o polityce, ten taki ping-pong między dziennikarzami a politykami, tak naprawdę do niczego nie prowadzi”.

Cała rozmowa na blogu Maćka.

Puenta jest taka: szkoda czasu na politykę, bo intelektualnie to bagno, w którym taplają się wciąż ci sami ludzi i ich rozrywki nic de facto nie zmieniają. Lepiej robić swoje. I na tym można by zakończyć, gdyby nie to, że te ich (a przecież nie nasze zabawy) decydują o wysokości podatków jakie płacimy, poziomie szkół, w którym się uczymy, o emeryturach nie wspominając. I jeżeli ludzie z własnym myśleniem, znający się na czymś na politykę mają reakcje alergiczną, to, jak powiedział Maciek, oddają pole, tym którzy w takich zabawach odnajdują i realizują swój potencjał intelektualny i sposób na życie.

Obojętność jest gorsza niż wkurzenie, bo obojętności nie zależy na zmianach. Jest cechą homo sovieticus – kiedy nie próbuje się tworzyć władz i elit, które w naszym imieniu kierują państwem, tylko się czeka na to jaka władza przyjdzie, jaką będzie miała rękę i myśli się o tym, jak najlepiej dostosować się do zaistniałej sytuacji. Czyli zjawisko odwrotne do procesu demokratyzacji.

pic.phpMuszę napisać, że sam nie jestem ani trochę lepszy, to mnie również polityka coraz mniej obchodzi, jest tyle ciekawszych, mądrzejszych pół na których można sie realizować. Jak powiedziała kiedyś Katarzyna Nosowska nie chce mi się już zaprawiać zła całego świata, raczej interesują mnie problemy moje i moich najbliższych.

Podsumowując kończący się właśnie rok zaznaczę, że do takiego przekonania w tym roku szczególnie mnie przekonał poseł Przemysław Wipler i jego opowieści w Sejmie przed kamerami wszystkich stacji telewizyjnych i radiowych o jego nocnych przygodach z policją (kategoria Kwas Roku 2013) 

Politykowi o jakiejkolwiek klasie nie przyszłoby do głowy zawracać głowę opinii publicznej taką sprawą, absolutnie nic nieznaczącą dla ogółu obywateli. Polityk, bo takiej przygodzie, po prostu zapadłby sie ze wtydu po ziemię. Ale oderwanie od rzeczywistości, uprawianie polityki rozumianej jako zabawy z mediami, w gdzie głównym skladnikiem informacji są emocje, a drugiej strony bezwładność i bezradność mediów wobec takiej sytaucji sprawia, że cała ta sytuacja przypominał cyrk. Cyrk na który, drodzy panowie, ja nie kupuję biletu. 

Po odejściu z Platformy Obywatelskiej Jarosław Gowin buduje właśną inicjatywę polityczną. Identyfikacji prawdziwych celów i wartości,  o które w życiu publicznym zabiega były minister sprawiedliwości może posłużyć retoryka autoprezentacji.

gowinkomiksLektura krótkiej noty biograficznej zamieszczonej na oficjalnej stronie Gowina, jednoznacznie wskazuje, że mamy do czynienia przede wszystkim z humanistą i intelektualistą, a w sferze wartosći – tradycjonalistą i konserwatystą. Gowin wszedł do polityki już jako człowiek dojrzały i ukształtowany. Dlatego też wartości stawią ponad lojalnością grupową i przynależnością partyjną. 

Ponieważ wartości te są wzniosłe i niepodlegające uzgodnieniu (czy utargowaniu) nie mogą być realizowane w konformistycznym świecie polityki, dla którego wartości bywają jedynie narzędziem do osiągania pragmatycznych celów. A Gowin i pragmatyka (również pozytywnie rozumiana) jako skuteczność) to terminy przeciwstawne.

Dlatego były minister sprawiedliwości realizuje się głównie w tzw. sytuacjach  kryzysowych wymagających zdefiniowania sytuacji i opowiedzenia się po jednej ze stron. Bo wtedy realizuje swój główny cel, który zgodnie z etosem i wartościami Gowina, jest celem na poziomie symbolicznym.

Jeśli przeczytamy jak opowiada o swoim wychowaniu w domu zbudowanym przez ojca, o dyskusjach, które toczył nt. „Państwa Platona, o metaforze rycerza, gdy pytany jest o prawdziwego mężczyznę; jeśli dodamy jego zaangażowanie w sprawy bioetyczne,  to jasne staje się, że celem Gowina są wartości symboliczne.

sejmNazywa jest Victor Turner w książce „Od rytuału do teatru”. Lidery poszczegónych grup czy frakcji politycznych walczą o deficytowe cele takie jak: władza, godność, prestiż czy honor. Jarosław Gowin walczy o czystość moralną. I Gowin zdaje się czerpać satysfakcje nie z doprowadzenia danej sprawy do końca, lecz z uzyskania w powszechnym odbiorze odpowiednich atrybutów. Stąd tyle jego rozpoczętych, a niezakończonych inicjatyw (In vitro, deregulacja, sądy rejonowe, etc.), stąd tyle jego publicznych deklracji i wystąpień. 

Rzeczywiście, tak jak mówi, nie walczy o stanowiska, rzeczywiście chciał powrotu do kryształowych ideałów Platformy, bo to są wszystko pojecia z poziomu wartości i abstrakcji – świata Gowina. A polityka to sztuka kamuflażu, sztuka utrzymania władzy, a nie jej efektywnego sprawowania. Gowin chce pozostać nieskazitelny, tymczasem, żeby być w polityce trzeba się ubrudzić. W polityce trzeba umieć lawirować, a Gowin chcę pozostać w pozycji wyprostowanej. Były poseł PO bardziej niż kreatorem wydarzeń woli być strażnikiem moralności.

Dlatego przewiduję, że aktualne poczynania Jarosława Gowina, choc na pewno wartościowe i potrzebne, nie będą miały znaczącego wpływu na zmianę realiów politycznych w kraju nadwiślańskim.

We wtorek mecz Polska – Rosja na Stadnionie Narodowym w Warszawie, a już dzisiaj nowy numer „Newsweeka” w kioskach w całej Polsce. Tygodnik prowadzony przez Tomasza Lisa opisuje jutrzejszy pojedynek piłkarski posługując się analogią do Bitwy Warszawskiej 1920. 

Analogia ma to do siebie, że poprzez wybór jej nośnika ukierunkowuje myślenie o danym zjawisku czy problemie. Jeżeli mecz z Rosją przedstawia się na podobieństwo bitwy z czasów wojny polsko – bolszewickiej to raczej nie łagodzi to, ani nie przekierowuje na inne tory niepotrzebnych napięć, fobii i urazów między oboma narodami. Co więcej, takie postawienie sprawy sugeruje, że we wtorek gramy nie z Federacją Rosyjską, lecz z Rosją bolszewicką. Znów stajemy się zakładnikami historii, znowu uderzamy w martyrologiczne tony. Jeszcze krok dalej i ten mecz można by nazwać: bitwą o niepodległość polskiej piłki, albo zaporą stawioną rosyjskiej rewolucji piłkarskiej.

Po drugie okładka Newsweeka nie służy też pamięci o samej Bitwie Warszawskiej, degradując ją do poziomu zakompleksionych polityków i niewyżytych kiboli. Bo przecież podobieństwo działa w dwie strony.

A tak w ogóle to spójrzcie na okładkę, przecież Smuda nijak nie jest podobny to Piłsudskiego.

Konsekwentnie (w stylu, a nie w chronologii) „w środku” Newsweeka wywiad z rosyjskim aktorem i reżyserem Fiodorem Bondarczukiem,  na zdjęciu ubranym w żołnierski mundur. I lead: „Wygramy, a wy znów powiecie, że to przez Stalina”

Gdyby Newsweek ukazywał się dwa razy w tygodniu, ciekawę jaką okładkę redakcja wymyśliłaby przed meczem z Czechami. Może Smuda jako gen. Bortnowski i tytuł: „Nie oddamy Zaolzia”.

Zawrzało dzisiaj, jak kraj długi i szeroki, wokół materiału BBC. Wysłannik słynnej brytyjskiej stacji przyjechał do Polski (oraz na Ukrainie), aby przyjrzeć się tutejszym kibicom kilkanaście dni przed początkiem Euro 2012. Zobaczył rasistowskich bandytów. Tylko.[cały materiał pod tym linkiem]

Może najpierw o plusach reportażu, bo tak będzie łatwiej. W programie nie ma pokazanych rzeczy nieprawdziwych. Dziennikarz pracował w terenie i pokazał, to co widział. Był naocznym świadkiem wydarzeń. Chodził ma mecze, rozmawiał z ludźmi – zgodnie z przebiegiem utrwalił i przekazał odbiorcom.

Ale jednocześnie właśnie z tym oglądem rzeczywistości przez dziennikarza BBC mam największy problem. Reporter to człowiek, który cały czas ma oczy szeroko otwarte. Ciągle jest w gotowości do przyjęcia nowych faktów, okoliczności, tropów. Po to, by pokazać rzeczywistość taką jaką ona jest do szpiku kości. Reportaż jest zaprzeczeniem czarno – białego oglądu świata. Interesuje go szarość – to jak dobre i złe miesza się w każdym człowieku, społeczeństwie, kraju, etc.

Tymczasem materiał BBC jest zupełnie jednostronny. Wszystko byłoby w miarę w porządku, gdyby autor powiedział: „To jest film o stadionowych chuliganach. To mnie interesuję, tego szukałem, na tym się skupiłem”. Ale takie zastrzeżenie nie pada. Dokumet nosi nazwę: „Euro 2012 Stadiums of hate”. Odbiorca interpretuje reportaż jako zreferowanie całego wymiaru kibicowania piłkarskiego w Polsce. A dobrze wiemy, że nie ma ono tylko jednego oblicza.

Nie wierzę, że dziennikarz podróżując po Polsce nie dostrzegł pozytywnej strony piłki nożnej. Więc wybrał skrawek rzeczywistości do opisu. W porządku, i jest to dobrze zrobione. Tylko dlaczego nie mówi, że o tym jest jego materiał. Dlaczego nie mówi widzowi: tak jest w Polsce jak pokazałem, ale to nie jest pełny obraz. To wycinek”.

Przez to niedomównie, ogromny wysiłek nie tylko organizatorów, ale przede wszystkim tysięcy wolontariuszy, samorządowców, budowniczych oraz pasjonatów piłki, może zostać, nie chce powiedzieć zniszczony, ale niedoceniony czy niezauważony. A praca reportera to także myślenie jaki efekt będzie miała moja praca, czy nie zaszkodzę komuś, kto na to nie zasługuje. To odpowiedzialność.

I na koniec jeszcze jedno: nie mam za złe Solowi Campbellowi słów ostrzeżenia. Bo co niby innego miałby odpowiedzieć, na pytanie, czy poleca kibicom z Anglii przyjazd na Euro 2012, jeśli zaraz przed tym dziennikarz pokazuje mu nagrania ze stadionów, gdzie chuligani wykonują nazistowskie gesty i w naśladując małpie odgłosy szydzą z czarnoskórych zawodników?

Chyba BBC przyzwyczaiło nas do wyższych standardów.

W ostatnią sobotę w programie śniadaniowym Dzień Dobry TVN ukazała się krótka rozmowa z Leszkiem Możdżerem. Pogawędka dotyczyła gościnnego udziału muzyka w drugiej edycji talent show X – Factor. Mówiąc o swojej roli w programie, przy okazji wypowiedział jedno zdanie, które idealnie diagnozuje przyczyny niskiego poziomu kultury popularnej:

„We współczesnym świecie pojawił się taki absurd, że sława oderwała się od umiejętność, bo zawsze było tak, że to umiętności […] decydowały o karierze […] i sława była produktem ubocznym „. [cała rozmowa tu]

Mimo że wypowiedź dotyczyła sceny muzycznej, to jest na tyle uniwersalna, że można ją z powodzeniem zastosować do dziennikarstwa i branży medialnej, których kryzysu upatruję właśnie w zaniku standardów i regresie warsztatu. A im mniej umiejętności, tym więcej miejsca dla upolitycznenia i uproszczenia, które w ostatnich rocznicowych dniach w mediach niejednokrotnie mają miejsce. Rozpatrywanie w programach publicystycznych wszystkich zdarzeń i sytuacji jako elementów politycznych jest zdawkowe i męczące, a chyba nie o to w dziennikarstwie chodzi.